Aktywności, Podróże

Beskid Żywiecki z psem – wejście na Skrzyczne i na Pilsko

W Beskidzie, malowany cerkiewny dach,
W Beskidzie, zapach miodu w bukowych pniach.
Tutaj wracam, gdy ruda jesień
Na przełęcze swój tobół niesie,
Słucham bicia dzwonów w przedwieczorny czas.

W Beskidzie, malowany wiatrami dom,
W Beskidzie, tutaj słowa inaczej brzmią,
Kiedy krzyczą w jesienną ciszę,
Kiedy wiatrem szeleszczą liście,
Kiedy wolność się tuli w ciepło moich rąk,
Gdy wolność się tuli do moich rąk.

BESKID Andrzej Wierzbicki


Sielsko anielsko

Tegoroczną majówkę spędziliśmy w Rychwałdzie w Beskidzie Żywieckim. Wspólnie z przyjaciółmi wynajęliśmy dom z pięknym widokiem na Jezioro Żywieckie. To był raj dla oczu zmęczonych warszawskimi blokowiskami. Dom stylizowany na dworek, wykończony z dbałością o każdy szczegół. Wokół cisza i spokój. I wielki, ogrodzony ogród. Psy (a na wyjeździe były w sumie trzy) miały jak w bajce. Z wyjątkiem tych chwil, gdy akurat ktoś przechodził ulicą – w każdym z naszych miejskich psów odzywał się wiejski burek. Wystarczyło, że jeden szczeknął, za chwilę dołączała pozostała dwójka. Ale poza tym – raj. Całodzienne zabawy na trawie.

Zabawa na podwórku

Oprócz moich bestii, teriera wiejskiego czyli Lajli i manchestera Mefiego był z nami pies przyjaciół Lucky – coton de tulear. Lucky jest w wieku Mefiego, razem uczęszczali do psiego przedszkola, chociaż do innych grup. Szkoleniowiec twierdził, że psy o tak różnych temperamentach się nie polubią i żebyśmy nie oczekiwali, że psy się zaprzyjaźnią. Raczej twierdził, że będzie między nimi dochodziło do spięć. Hm… Żadnych spięć nie ma, psy się więcej niż lubią. Na poniższym zdjęciu odpoczywają po wspólnych harcach.

Manchester terrier i coton de tulear

Z psem w góry

Nie przyjechaliśmy jednak w Beskidy tylko po to by się relaksować na tarasie. Wyjazd był zaplanowany na odpoczynek przede wszystkim od elektroniki i łażenie po górach. Gdy już się wybyczyłam pierwszego dnia to na drugi dzień się zreflektowałam, że nie zabrałam pasa do dogtrekkingu i smyczy z amortyzatorem. Hm… Dwa psy, góry, kamienie, obie ręce zajęte, jeden ciągnie w jedną stronę, drugi w drugą… No, kiepska perspektywa. Z detoksu komputerowego nici, odpaliłam neta i znalazłam firmę, która produkuje tego typu akcesoria i ma siedzibę w Bielsku-Białej. Początkowo chciałam kupić pas i podwójną smycz z amortyzatorem, ale jako, że taki zestaw już mam w domu to stanęło na dwóch smyczach z amortyzatorami. Smycze o tyle ciekawe, że można je również przewiązać w pasie. Dzięki uprzejmości Pani z firmy JoQu smycze były u mnie już następnego dnia, a to był 1 maja – dzień wolny (!). Pani przejeżdżała przez Żywiec, umówiłyśmy się na stacji i odebrałam zamówienie. Wzorowa obsługa klienta – albo to jest ta góralska uprzejmość – trudne do wyobrażenia sobie w Warszawie.

Z psem na Skrzyczne

Skrzyczne

Mam smycze, psy przytroczone, idziemy. Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na Skrzyczne szlakiem niebieskim ze Szczyrku. Trasa zaplanowana na 2 godziny zajęła nam dokładnie tyle. Od parkingu kilka minut idzie się wyasfaltowaną drogą, potem wchodzimy do lasu i pniemy się w górę po leśnej ścieżce, często kamienistej. Tego dnia pogoda dopisała, cały czas ponad 23 stopnie. Po drodze robimy ze trzy postoje, w czasie których nalegam by psy się napiły. Psy są zainteresowane wszystkim tylko nie wodą. A niosę dla nich dodatkową butelkę 1,5 litrową i miskę.

Odpoczynek w drodze na Skrzyczne

Na górę wchodziliśmy 1 maja – dzień wolny od pracy, turystów dużo. Mijać się z nimi nie jest łatwo, Mefi każdego chce obwąchać, Lajla przed wszystkimi ucieka. Ale dajemy radę, chociaż mijanie nie jest łatwe. Problemy zaczynają się pi razy oko w 2/3 drogi, gdy droga robi się bardzo kamienista. Nie jest to komfortowe dla moich francuskich piesków, niezbyt chętnie chcą iść po kamieniach. Po prawej mijamy punkt widokowy. Robimy postój, ja podziwiam widoki, bestie w końcu piją wodę.

Przy wejściu na punkt widokowy… gówno…ludzkie, nie psie. Bez komentarza.

W drodze na Skrzyczne

Pilsko

Dwa dni później idziemy na Pilsko. Wyprawa zaczyna się w Korbielowie, wchodzimy zielonym szlakiem. Początkowo idziemy drogą asfaltową, potem szlak prowadzi przez las. Najpierw ścieżka jest wąska, po jakimś czasie wchodzimy szerokim traktem. Spotykamy dwójkę jeźdźców na koniach. Psy są zdenerwowane, szczekają i ciężko je uspokoić. Mijamy się bokiem i pniemy się dalej w górę.

W drodze na Pilsko

Ta trasa jest znacznie mniej uczęszczana niż trasa na Skrzyczne, mijamy zarówno mniej ludzi jak i mniej ludzi z psami. Nie spuszczam psów ze smyczy, ze względu na bezpieczeństwo ich i okolicznych zwierząt. Jednak część osób chodzi z psami biegającymi luzem.

Podejście na Pilsko

Dochodzimy do schroniska PTTK na Hal Miziowej. Liczyłam na odpoczynek, ale gdy moja ekipa doczytała, że do szczytu jest pół godziny, nie było mowy o tym, żeby usiąść.

Z psem na Pilsko

Po dość ostrym podejściu (przy którym naprawę miałam wątpliwości i myśli, że właście po co się tak męczę, trzeba było usiąść w schronisku, wpić piwo i czekać na resztę) przedzieramy się przez kosodrzewinę i jest naprawdę przyjemnie.

 

Pilsko - szczyt

Wracając zatrzymujemy się w schronisku na Hali Miziowej. Niestety, nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Wojtek je naleśniki, ja zamawiam żurek. Psy odpoczywają. Mefi daje popis bo nagle zrywa się i atakuje gościa, który przechodzi blisko nas. A inne psy takie grzeczne…

Salamandra plamista na szlaku na Pilsko

I na koniec spotkanie z salamandrą plamistą 🙂

Podsumowując: fajny wyjazd, fajne góry, fajna przyroda. Kiedyś byłam zachwycona Tatrami, biegało się po tych szczytach, zdobywało je. A Beskidy traktowało jak mniej warte zainteresowania góry. Tymczasem przewyższenia często są jak w Tatrach, człowiek się musi namęczyć podobnie, przyroda piękna. A przede wszytskim – można zabrać psa!

Pies wącha salamndrę plamistą