Blog

Co z tym husky?

Początki

Gdy przeprowadziliśmy się do stolicy razem z córką, był rok 2011. Już wtedy wiedzieliśmy, że to tylko kwestia czasu, gdy w naszym domu pojawi się zwierz. Zarówno ja, jak i mój mąż kochaliśmy psy i obiecaliśmy sobie, że gdy tylko będzie to możliwe, weźmiemy jakiegoś do siebie.

Nasza córka trochę bała się psów

W chwili przeprowadzki zaczynała szkołę podstawową i oboje stwierdziliśmy, że to jest dobry moment, żeby zacząć ją przekonywać do zwierząt. Daliśmy sobie kilka miesięcy na przyzwyczajenie się do nowego miejsca. W tym czasie moja mama musiała pożegnać psiego przyjaciela i zaczęła szukać kogoś, kto zapełni pustkę w jej domu i jej życiu. I tak pojawił się na chwilę pierwszy piesek w naszym rodzinnym życiu. Warto też wspomnieć, że razem z nim zaczęła się nasza przygoda z fundacją prozwierzęcą. Ale o tym później : ) Piesek był cudowną trzymiesięczną kuleczką, która ciągle merdała małym ogonkiem i rozdawała całusy na prawo i lewo. Zakochaliśmy się w nim. Nawet Julia przekonała się do maluszka. Mieszkał z nami tydzień, do czasu, aż pojechaliśmy go zawieźć do mojej mamy (Benio do dziś z nią mieszka i ma się bardzo dobrze).

Dziwna Pustka

Po powrocie do Warszawy, w domu zrobiło się tak jakoś pusto. Nikt nie biegał między nogami, nie merdał ogonkiem. Nigdzie nie było sikającej niespodzianki ani śmierdziuszka balaska.
W końcu decyzja zapadła, bierzemy kotka na „tymczas”, czyli będziemy domem tymczasowym do chwili adopcji. I tak od kota Felka zaczynajac, przez nasz dom przeszło tornado kotów, kociaków, psów i szczeniaków, które pomieszkiwały z nami, socjalizowały się, uczyły domowych zasad i w końcu trafiały do tych jedynych, sprawdzonych domków. Były nawet chomiki na „tymczasie: )

 

2015 rokiem poważnych decyzji

Pomaganie fundacjom prozwierzęcym jako dom tymczasowy jest fantastyczną sprawą. W naszym domu praktycznie zawsze były jakieś zwierzaki. Julia całkowicie przekonała się do nich, lęk ustąpił miejsca poczuciu obowiązku za kruche istnienie, świadomości związanej z posiadaniem zwierza, odpowiedzialności za opiekę nad nim. Mijały dni, miesiące i lata. Czasami jeździliśmy do Schroniska "Na Paluchu" pomagać wolontariuszom w spacerach z psiakami. Nasza pasja się rozwijała. Zdobyliśmy duże doświadczenie w opiece nad zwierzętami, liznęliśmy trochę z behawiorystki. Byliśmy bardzo świadomi obowiązków, plusów i minusów posiadania zwierzaka w domu.

Pewnego razu przeglądając internet, wpadłam na ogłoszenie o znalezieniu psa przywiązanego do drzewa w lesie koło Sochaczewa. Pokazałam je mężowi i coś w nas drgnęło. To był pies dla nas. Piękny mieszaniec wielkości owczarka, trochę miał z północniaka. Niezależny charakter. Zadzwoniliśmy, umówiliśmy się i…… Już mieliśmy jechać po psa, gdy nagle znalazczyni napisała, że nie potrafi się z nim rozstać, że to jeszcze nie ten moment (notabene za tydzień na szybko znów szukała dla niego domu, ponieważ nie dogadał się z jej mężem i jej psami). Cała nasza rodzina stanęła jak wryta po takiej wiadomości. Nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić, w końcu to miał być TEN PIES. Nasz pies. Nie dużo myśląc, spakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do schroniska pomóc w spacerach i leczyć nasze złamane serce w psim towarzystwie.

Błękitnooka piękność o tajemniczym spojrzeniu

Do schroniska dotarliśmy w 10 minut. Ponieważ nie umawialiśmy się z żadnym wolontariuszem, zaczęliśmy szukać kogoś, kto potrzebował pomocy. Czekając na wolo Agnieszkę, poszliśmy na spacer po różnych rejonach schroniska. Podświadomie, szukaliśmy jednak przyjaciela dla siebie. Nieważna była rasa, maść, wiek czy wielkość. Psiak musiał mieć TO COŚ : ) I w taki to sposób spotkaliśmy Spartę. Piękna, szczuplutka sunia w typie siberian husky siedziała sobie cichutko w jednym z boksów. Bez numerka, bez opisu i bez imienia (jak się później okazało, była dopiero przeniesiona z kwarantanny i nie zdążyli przypiąć opisu). Te błękitne oczy wpatrzone w nas, mówiły – zabierzcie mnie ze sobą. Przez kraty próbowała się przytulić do nas całym ciałem. Delikatna, a jednak majestatyczna.

Sparta w schronisku

Po powrocie do domu zaczęliśmy z mężem przeglądać ogłoszenia schroniska szukając jakiejkolwiek informacji o „naszej” suni. Udało się : ) Zadzwoniłam do wolontariuszki, która się nią opiekowała i umówiłam się na spacer. Beata bardzo konkretnie przedstawiła nam procedurę adopcyjną obowiązującą w przypadku „północniaków”. Opowiedziała o Sparcie, o rasie, o charakterze i wymaganiach. No i oczywiście o tym, że do adopcji Sparty jest sporo chętnych osób. Wzbudziło to w nas nutkę niepokoju, ale w końcu to miała być „nasza” sunia, więc cóż mogło nam przeszkodzić w adopcji. Zaczęliśmy czytać artykuły o rasie, o tym, że jest bardzo wymagająca, że potrzebuje ruchu, lubi wolność, wyje, ma zapędy do demolek, może być różnie. Nie zraziło nas to, a że mieliśmy już doświadczenie z „dekoratorami wnętrz” stwierdziliśmy, że damy radę.

Adopcja przebiegała dość szybko. Sparta przeszła zabieg sterylizacji i bardzo wyła w schroniskowym szpitaliku. W międzyczasie odbyliśmy kilka dodatkowych, krótkich spacerów z panienką i 23 maja Sparta stała się oficjalnym członkiem naszej rodziny. Takim na dobre i na złe. I chociaż tych „złych” momentów było trochę w naszym wspólnym życiu, to nie zamieniłabym jej na żadną inną. Sparta przez pierwsze 1,5 roku mieszkania z nami była cudowną matką zastępczą dla tymczasujących u nas szczeniaków i kociaków. Dzięki niej poznaliśmy sporty zaprzęgowe, doznaliśmy na własnej skórze co to znaczy husky z charakterem w mieszkaniu : ) Dzięki niej pojawiła się także drugi nasz towarzysz Demon, którego sobie „wybrała” i zaaprobowała od pierwszego wejrzenia.

Sparta i tymczasowa Jezyna

Sparta i tymczasowy kumpel

Demon – podobno we dwoje raźniej : )

Po półtora roku od adopcji Sparty zaczęliśmy myśleć o kompanie dla niej. Wiedzieliśmy, że zdarza jej się niszczyć mieszkanie, że czasami wyje godzinami. Stwierdziliśmy, że może najwyższy czas, żeby miała kumpla na stałe. 

W styczniu 2016 roku zaczęliśmy spotykać się z grupą zaprzęgową Pozytywnie Zakręceni, którzy trenowali w Warszawie i okolicach. To wspaniali ludzie pełni pasji. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. We wrześniu 2017 roku wspólnie wyjechaliśmy na kilka dni na Mazury, aby odpocząć od zgiełku miasta i potrenować nad jeziorami. Efekt był taki, że Sparta nie chciała wracać z nami do Warszawy, tylko wolała zostać ze sforą i swoim ulubionym kumplem Demonem tam na miejscu. Było to dość dziwne, ponieważ sunia jest bardzo mocno emocjonalnie z nami związana.

Demon w Hasiorowie

Po kilku dniach od powrotu z urlopu na Facebooku ukazało się ogłoszenie o chęci oddania siedmiomiesięcznego kasztanowego psa w typie husky. Od razu zaczęłam działać. Korespondowałam z fundacją zajmująca się „północniakami” o przejęciu psiaka i mojej chęci adopcji. Było niebezpieczeństwo, że pies trafi do pseudohodowli. Na szczęście Gosia z fundacji Hasiorowo-ostoja dla północniaków zadziałała ekspresowo i Demon (tak, to też był Demon) trafił w jej doświadczone ręce. Reszta poszła bardzo szybko. Decyzja rodziny, wyjazd do Hasiorowa i pełna akceptacja ze strony Sparty (ta cwaniara na dzień dobry wycałowała młodego) nie pozostawiały wątpliwości. I tak oto Demon wrócił z nami do domu i zaczęła się nasza bajka z dwójką psiaków w typie husky na pokładzie. Jak się później okazało zupełnie różnych, ale cudownych i kochanych :

Od tamtej pory psiaki zawsze są razem. Razem trenują, razem z nami wyjeżdżają na wakacje, na zawody. Kochają się jak rodzeństwo i nawzajem bronią, gdy jest taka potrzeba, a Demon wcale nie okazał się demonicznym psem ;)