Blog

Pies czy kot?

fot. Marcin Dajer 8.07.2013

Na samym początku był pies.

Wyżeł – Bandos. Oczywiście kundel.
Ojciec skądś go wziął, już nie pamiętam, matka moja kiedyś mi mówiła skąd, ale że moja pamięć jest tak samo dziurawa, jak i słaba, to nie jestem w stanie sobie przypomnieć.
Potem pojawił się kot. Dachowiec. Dziewuszka – Gucia.
To były pierwsze zwierzaki w moim domu rodzinnym. Pies był już jak się urodziłam. Kot – mój, zawsze tak twierdziłam, dołączył jak miałam z 8 lat. Od tego momentu uważałam się za kociarę.
One są przecież takie niezależne, mają swoje zdanie, nie robią tego co każesz. Olałam psa, a jak.
Potem Bandos odszedł. Strasznie to przeżyłam. W sumie nie wiem czy dlatego, że faktycznie byłam świadoma co to oznacza, czy bardziej dla współczucia otoczenia. Tydzień chodzenia na czarno, płacze, przesadny smutek, nachalne obnoszenie się ze swoją tragedią. To był koniec podstawówki. Gućka była cały czas, ale jakoś im byłam starsza, tym mniej mnie obchodziła.W sumie wstyd się przyznać. Wiecznie brudna kuweta, porozrzucana karma wsypywana do miski w pośpiechu. Teraz jak o tym myślę, to aż mnie mrozi.
Potem się wyprowadziłam. Gucia była już starszym kotem. Któregoś dnia podjechałam do matki i nie znalazłam mojego zwierzaka. Moja siostra uśpiła ją ze dwa tygodnie wcześniej. Chorowała na nerki, już nie miała siły wstać. Taka była ze mnie właścicielka właśnie. Oczywiście miałam pretensje, że mi nie powiedziały, a jak. No bo przecież co to ma znaczyć, że usypiają moją ukochaną czarnulkę i nic mi nie mówią.
Tyle, że gdybym chociaż raz zapytała, podjechała, zainteresowała się, to sama bym wiedziała.

A potem była cisza.

Parę lat poszalałam bez obowiązków, bez żadnego kagańca. Dobrze było, nie powiem, nikt nie lubi jak mu się przeszkadza w zabawie.
A ja się bawiłam.

Wszystko dzięki niezdrowym nawykom.

Heh, byłam na piwie 🙂
Jak co dzień.
Oglądaliśmy jakiś film na kompie.
Był 7 lipca 2013 roku, drzwi do domu otwarte na oścież, bo gorąco.
Kumpel poszedł do łazienki, ale nie dotarł do niej. Otworzył drzwi od pokoju i zamarł w przejściu. Nie chciał powiedzieć co się stało, kazał mi przyjść i patrzeć.
Poszłam więc i popatrzyłam.
Była tam sunia. Na korytarzu, przy wejściu do piwnicy się położyła i leżała cichutko.
W ten sposób pojawiła się w moim życiu.
Bez zbędnego tornada i fajerwerków.

 

 

Akcja była szybka, bo mimo mojej ignorancji wiedziałam co trzeba robić.
Wet – chipa brak, obroża jest, ale bez żadnego info. Psina zabiedzona, futro brzydkie, zapalenie pęcherza, ale oczy… Oczy były przepiękne.
Możliwe, że właśnie one były jej zgubą. Może dlatego błąkała się tego dnia.
Nie wiem jaka jest jej historia. Czy wcześniej miała człowieka, czy została ukradziona, wywalona, uciekła.
Właściciela szukaliśmy, szukam cały czas. Chcę, żeby wiedział, że jest dobrze.

 

Pies ideał.  Tak sobie myślę, że jednak ktoś był w jej życiu. Ktoś kto ją wychował.
Decyzja przyszła szybko. Ja chciałam ją zatrzymać, kumpel nie był przekonany, tak zwyczajnie, rozsądnie. Przecież to obowiązek, koszty, może znaleźć się właściciel i co wtedy? Wtedy ją oddamy, mówiłam, zobaczysz damy radę. Egoistyczne podejście pani Oli. Całe życie to samo.
Nie myślałam o tym jak to będzie wyglądać, po prostu się zakochałam.
Mieszkała u kumpla przez dwa lata. Ja wynajmowałam pokój gdzieś indziej, nie mogłam jej zabrać do siebie. Byłam tam codziennie, ale co z tego. On przecież nie pisał się na kolejnego zwierzaka, miał już dwa koty.
Słabo, co?

Teraz mieszka ze mną.

Bo widzicie, wzięłam się za to. Poukładałam sobie wszystko.
Wynajęłam mieszkanie od świetnych ludzi, którzy nie mają problemu ze zwierzakami. Utrzymuję siebie i ją… i 3 inne 😀 Praca przestała być moim priorytetem. Ma swoją Zołzę, Mordę i Juliana. Moje życie zmieniło się bardzo! Nie tak jak w przypadku Guci, która była bo była. Tak na 100%. Tak jak wtedy, kiedy człowiek czuje, że jest odpowiedzialny za inne życie.

Dorosłam dzięki niej.

 

I w końcu jak to jest? Psiara czy kociara?

Nie ma to żadnego znaczenia. Ona też jest indywidualnością. Też ma swoje zdanie. Też potrafi pokazać, że to zły moment. Jestem psiarą-kociarą, najgorszą z możliwych 🙂
Ale, żeby móc się tak nazwać, trzeba zasłużyć i ona mi to umożliwiła. Dała drugą szansę.

Kaśka – moja dziewucha.

fot. Carolina Hałubek